Internet w sądownictwie

Marzec 7, 2012

Internet w obrocie prywatnym już od dłuższego czasu stanowi jedno z najistotniejszych narzędzi nawiązywania kontaktów, zawierania i wykonywania umów. W administracji i sądownictwie tempo zmian jest znacznie mniejsze. Możliwości załatwiania rozmaitych spraw z wykorzystaniem internetu są wprowadzane, niemniej – w porównaniu z usługami, handlem, czy bankowością – następuje to o wiele wolniej.

Najczęściej takie udogodnienia mają też dość ograniczony charakter. I tak stworzono e-sąd, ale już możliwości komunikacji elektronicznej ze „zwykłymi” sądami (poza ewentualnym zamówieniem akt do czytelni) są najczęściej bardzo ograniczone (chociaż trzeba zauważyć nowinki takie jak choćby portal informacyjny Sądu Okręgowego w Warszawie).

Dlatego warto odnotować stanowisko, jakie zajmuje w tej kwestii Naczelny Sąd Administracyjny.

W postanowieniu z dnia 21 grudnia 2011 roku (sygn. akt II FZ 447/11) Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że wysłanie e-mailem zażalenia na postanowienie wojewódzkiego sądu administracyjnego jest w pełni skuteczne1. Oczywiście samo zażalenie jest obarczone brakiem formalnym w postaci braku własnoręcznego podpisu strony, ale brak też można uzupełnić na wezwanie sądu.

Jakie jest zatem znaczenie praktyczne? Przede wszystkim możliwość zachowania terminu do wniesienia danego pisma – w tym przypadku zażalenia. Teoretycznie pismo można wnieść do sądu do ostatniego dnia terminu, godziny 24.00.

W praktyce pisma procesowe wnosi się bezpośrednio do sądu, przez złożenie na biurze podawczym, lub pocztą. Biura podawcze sądów są otwarte do 15-16 (a w jednym z dni w tygodniu do 18). Drogą pocztową można wysłać pismo jeszcze 3-4 godziny później, chyba że istnieje możliwość skorzystania z usług poczty całodobowej.

W praktyce więc termin do wniesienia pisma jest o kilka godzin krótszy, niż wynikałoby to z przepisów. Stosując się do interpretacji zawartej w postanowieniu Naczelnego Sądu Administracyjnego teoretycznie można wydłużyć termin wniesienia pisma, aż do faktycznego upływu godziny 24 ostatniego dnia terminu:

Mając powyższe na uwadze w ocenie Naczelnego Sądu Administracyjnego chwilą wniesienia pisma procesowego drogą elektroniczną, jakkolwiek obarczonego brakiem formalnym określonym w art. 46 § 1 pkt 4 p.p.s.a., jednakże wskazującego na zachowanie terminu z art. 194 § 2 p.p.s.a., będzie moment rzeczywistego przesłania poczty elektronicznej, który zostanie odzwierciedlony u odbiorcy wiadomości w odpowiednim programie pocztowym. Informacja o potwierdzeniu transmisji danych, której częścią jest data doręczenia znajduje się w nagłówku każdego listu elektronicznego i to ona powinna decydować o terminowości wniesienia pisma procesowego. Jak zresztą wynika z akt sprawy (karta 35) w aktach znajduje się wydruk wskazujący nie tylko na datę ale i godzinę nadanie przesyłki dnia 24 lutego 2011 r. godzina 22:50. (z uzasadnienia cytowanego postanowienia)

Tyle teorii, a jak z praktyką?

Zastosowanie się do wykładni przepisów zastosowanej przez NSA jest nieco ryzykowne.

Po pierwsze ze względów technicznych – w przypadku złożenia pisma na biurze podawczym lub wysłania pocztą, istotne jest posiadanie potwierdzenia nadania lub złożenia. Jeśli poczta lub pracownik sądu zgubią pismo ‒ interesy wnoszącego pismo są chronione2. Wysyłając pismo mailem nie mamy takiej ochrony. Zwykła awaria lub złe funkcjonowanie poczty elektronicznej mogą doprowadzić do tego, że pismo dotrze do odbiorcy (sądu) kilka minut po północy i sprawa jest przegrana.

Po drugie – pogląd, który został wyrażony przez Naczelny Sąd Administracyjny nie jest podzielany przez wszystkich jego sędziów. Zawsze istnieje ryzyko trafienia na skład sądu, który ma inny pogląd w tej sprawie.

Podsumowując – warto pamiętać o poglądzie wyrażonym przez NSA w zacytowanym postanowieniu i być może, w sytuacji krańcowej, gdy nie ma już innego wyjścia, skorzystać z drogi e-mailowej. Jednak w normalnych okolicznościach, dopóki ta kwestia nie zostanie jednoznacznie określona na poziomie ustawowym, lepiej ufać rozwiązaniom tradycyjnym – mają mnóstwo wad, ale mimo wszystko zapewniają większy poziom bezpieczeństwa.

1 Wskazać ponadto należy, że w orzecznictwie sądów administracyjnych, co do zasady, nie budzi wątpliwości możliwość wnoszenia, na podstawie ustawy – Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi, pism procesowych drogą elektroniczną, jakkolwiek będą one obarczone brakiem formalnym w postaci braku podpisu strony wnoszącej (por. postanowienie: WSA w Warszawie z dnia 19 lutego 2008 r., VI SAB/Wa 12/08; NSA: z dnia 12 lutego 2010 r., I OPP 4/10, z dnia 18 maja 2010 r., I OZ 316/10, z dnia 11 stycznia 2011 r., II GZ 286/10). (postanowienie NSA z dnia 21 grudnia 2011 roku, sygn. akt II FZ 447/11).

2 Choć oczywiście w praktyce będzie to wymagać od niego dodatkowych działań, mających na celu naprawienie powstałej sytuacji.


Sądy własności intelektualnej (2)

Kwiecień 16, 2011

Temat powołania sądu/sądów własności intelektualnej, powraca niczym bumerang. Przed kilkoma dniami przypomniała o tej koncepcji „Rzeczpospolita”.

Co do samej koncepcji, moim zdaniem, można jej tylko przyklasnąć. Udawanie, że ten sam sędzia może równie efektywnie zajmować się rozwodem, jak i sprawami własności intelektualnej, nie służy niczemu dobremu. Każdy rodzaj spraw wymaga innych predyspozycji, zupełnie innej wiedzy i taka specjalizacja (oczywiście w granicach rozsądku) powinna służyć zarówno samym sędziom, jak i stronom. Tym pierwszym da możliwość rozwoju i specjalizacji, dla których drugich będzie stanowić gwarancję tego, że sprawa zostanie rozpoznana przez osoby, które dany temat rozumieją.

Nie ma co udawać, klasyczny podział na sprawy cywilne/karne/pracy i ubezpieczeń społecznych/gospodarcze – często okazuje się niewystarczający. Sprawy własności intelektualnej są chyba najlepszym przykładem dziedziny, w której specjalizacja „ogólna” jest niedostateczna.

Zresztą całościowa reforma procedur, przekazująca do właściwości takich wydziału także sprawy karne (który pomysł został wspomniany w artykule) też byłaby sensowna. Uważam, że o wiele ważniejsze jest zrozumienie materii własności intelektualnej i specyfiki obrotu, niż różnice między procedurą karną, a cywilną.

Taka zmiana wymagałaby już dużej zmiany filozofii funkcjonowania sądownictwa, ale uważam, że w dłuższej perspektywie byłaby opłacalna (jeśli uwzględnimy, jak ważne we współczesnej gospodarce jest IP). Kwestią drugorzędną jest, ile miałoby być takich wydziałów (w kilku największych sądach okręgowych), ważniejsze jest uświadomienie sobie potrzeby. Zresztą w praktyce wydziały specjalistyczne istnieją (Wydział Wspólnotowych Znaków Towarowych i Wzorów Przemysłowych oraz Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Sądzie Okręgowym w Warszawie, czy Wydział Spraw Geologicznych i Górniczych w Sądzie Okręgowym w Katowicach), istotne by decydenci zrozumieli, że specjalizacja jest dobra i nie blokowali jej, np. w imię fałszywie rozumianych oszczędności.

Oczywiście te same argumenty można zastosować i do innych dziedzin, w których ogólna specjalizacja sędziów to zbyt mało – choćby sprawy karne-gospodarcze, czy karnoskarbowe. Jednak jeśli chodzi o własność intelektualna to nie tylko ze względu na tematykę tego bloga, ale przede wszystkim biorąc pod uwagę skomplikowanie materii, oraz wagę szeroko pojętego IP dla całej gospodarki – stworzenie takich specjalistycznych sądów powinno być potraktowane priorytetowo.


Skargi…

Styczeń 16, 2011

Rzeczpospolita donosi o kolejnej ciekawej statystyce dotyczącej naszego wymiaru sprawiedliwości – liczbie skarg, jakie wpłynęły w ubiegłym roku na działalność jego organów.

Przyznam szczerze, że podana liczba 100 tys. skarg mnie zaskakuje – spodziewałbym się, że  będzie ich dużo więcej. I to nie z powodu jakiejś strasznej zapaści polskiego sądownictwa, a raczej postawy niektórych jego klientów, którzy potrafią składać rozmaite skargi wręcz hurtowo. Szkoda, że nie opublikowano bardziej szczegółowej informacji na ten temat. Tak naprawdę zestawienie liczby skarg, które wpłynęły nie mówi absolutnie nic, ani o stanie sądownictwa, ani wymiaru sprawiedliwości w ogólności.

Z jednej strony uważam że rozstrzygnięcia zarówno sądów, jak i innych organów państwa, a także działania innych osób związanych z szeroko pojętym wymiarem sprawiedliwości nieraz bywają błędne i nic tego nie zmieni, bo każdy system, w którym decyzje podejmują ludzie i w którym nie ma ścisłych i jednoznacznych algorytmów postępowania, musi cechować się nawet oczywistymi błędami. Z drugiej strony dziwnie się składka, że rozmaite skargi, które miałem okazję przy różnych okazjach oglądać w znaczącej większości były absurdalne i były tylko i wyłącznie wyrazem niezadowolenia z rozstrzygnięcia, a nie jakichś rzeczywistych zarzutów wobec danego postępowania.

Oczywiście sama możliwość składania skarg, występowania do właściwych instytucji stanowi jeden z fundamentów dobrze funkcjonującego systemu prawnego. Niemniej z samego faktu składania skarg, czy nawet ich liczby, nie można wywodzić żadnych wniosków.

– Zarzuty bywają różne i dotyczą nie tylko sędziów, ale i przedstawicieli innych zawodów prawniczych – mówi „Rz” Joanna Dębek, rzecznik prasowy ministra sprawiedliwości. I wymienia: brak prawa do sądu, stronniczość, nieuwzględnianie wniosków dowodowych czy prowadzenie w niewłaściwy sposób postępowania dowodowego.

Zdarzają się też informacje o fałszowaniu protokołów rozpraw, usuwaniu lub ukrywaniu dokumentów z akt spraw.

Trudno mi powiedzieć, jak to wygląda w każdym pojedynczym przypadku, ale warto zwrócić uwagę na przykładowe zacytowane przez przedstawiciela Ministra Sprawiedliwości zarzuty:

- brak prawa do sądu – zarzut na tyle ogólny, że w zasadzie trudno powiedzieć coś bardziej konkretnego. Równocześnie jest tak samo mocny, jak rzadko okazuje się zasadny;

- stronniczość, nieuwzględnienie wniosków dowodowych, złe prowadzenie postępowania dowodowego – nie wątpię, że faktycznie takie sytuacje mogą się pojawiać, jednak znowu, typowe zarzuty w sytuacji, w której ktoś po prostu nie akceptuje wyniku konkretnej sprawy. Nie mówiąc o tym, że tak naprawdę są to zarzuty do podnoszenia w środkach zaskarżenia, sąd ma sporą swobodę  w prowadzeniu postępowania dowodowego i Ministrowi Sprawiedliwości naprawdę nic do tego;

- fałszowanie protokołów, usuwanie dokumentów z akt sprawy – znowu zarzuty na tyle mocne, co równocześnie rzadko zdarzające się w praktyce.

Oczywiście jest wiele przypadków osób, których prawa są faktycznie naruszane – czy to wskutek błędnych rozstrzygnięć, złego działania organów wymiaru sprawiedliwości, przewlekłości postępowania etc.

Ale mam poczucie (oparte tylko i wyłącznie na własnej obserwacji przypadków, które w żaden sposób nie stanowią grupy reprezentatywnej :) ) że znakomita większość skarg wypływa z czystego pieniactwa, a nie z autentycznego pokrzywdzenia.

Jestem też zdania, że działania takich “zawodowych skarżących” są też groźne ze względu na swoje społeczne koszty. I nie chodzi mi bynajmniej o koszty finansowe – korespondencji, odpowiedzi na skargi, zaangażowania pracowników administracji, sądów, ale o koszty zupełnie innego rodzaju. Im więcej jest skarg zupełnie bezzasadnych, absurdalnych, oderwanych od rzeczywistości, tym większe prawdopodobieństwo, że utonie wśród nich głos kogoś, kto został naprawdę skrzywdzony. Każda skarga pieniacka zwiększa ryzyko tego, że osoba naprawdę potrzebująca pomocy jej nie otrzyma, bo zostanie wrzucona do jednego worka z tymi, którzy racji ewidentnie nie mają.

Dlatego byłbym ciekawy bardziej szczegółowego zestawienia – chociażby tego ile z tych skarg zostało uwzględnionych? Ile było na tyle absurdalnych, że nie nadano im dalszego biegu? Ile było osób, które wniosły więcej niż jedną (i jeśli tak – ile skarg średnio wniosła każda z takich osób) skargę?

Tak naprawdę bez tej wiedzy (tak samo jak bez wiedzy na temat tego, ile osób nie wniosło skargi, bo im się nie chciało, albo bo uznało, że to i tak nie przyniesie efektów) – przedstawiona liczba 100 tys. skarg znaczy tak naprawdę bardzo, bardzo niewiele.

 


O kosztach sądowych jeszcze słów kilka

Styczeń 11, 2011

Ponieważ temat kosztów sądowych jest ciekawy i ważny postanowiłem poświęcić mu jeszcze kilka słów.

Przy pisaniu tego wpisu posiłkowałem się dość ciekawą, ale równocześnie bardzo starą (wydaną w 1994 roku, pod pewnymi względami to kilka epok) książkę Jana Brola i Marka Safjana, „Koszy sądowe w sprawach cywilnych”, do tego króciutkim opracowaniu Biura Studiów i Analiz Kancelarii Sejmu.

Podstawowym rodzajem opłaty sądowej, który znajduje zastosowanie w największej liczbie spraw, jest obecnie opłata stosunkowa.

Trzeba zauważyć, że ma ona sporo zalet, przede wszystkim jest jasna i klarowna, poza tym – przy odpowiednim ukształtowaniu jej wysokości (nie podejmuję się nawet próby oceny, czy 5% to za dużo, za mało czy w sam raz) – jest dość wyważony. Pozwala uniknąć ryzyko tego, że przy niskiej sprawie pojawi się opłata w zaporowej wysokości, wysokość opłaty pozostaje powiązania z (wymiernym) znaczeniem sprawy dla stron.

Z drugiej strony, jeśli analizować opłatę stosunkową z punktu widzenia sądu, nie odzwierciedla nakładu pracy sądu potrzebnego do rozpoznania danej sprawy, gdyż wartość przedmiotu sporu nie odzwierciedla stopnia trudności i czasochłonności rozpoznania danej sprawy. Nie raz trafiają się przecież sprawy o zapłatę kilku tysięcy, czy nawet kilkuset złotych, w których odbywa się kilka terminów rozprawy, przesłuchiwani są świadkowie, równocześnie równie często sprawy o wartości kilkudziesięciu i kilkuset tysięcy kończą się nakazem zapłaty.

Oczywiście, trzeba pamiętać, że sąd nie jest miejscem, gdzie po prostu kupuje się usługę, więc też nie można mechanicznie stosować zasady, że płacimy za określony nakład pracy.

Innym możliwym rozwiązaniem byłaby zmiana znaczenia wpisu tymczasowego i określania właściwej wysokości opłaty dopiero w rozstrzygnięciu kończącym sprawę, w zależności od nakładu sprawy i liczby rozpraw.

Warto też zwrócić uwagę na jeszcze inny ważny aspekt kosztów sądowych. Każda decyzja o wejściu w spór oznacza też „zamrożenie” kwot uiszczanych na koszty sądowe. Czas rozpoznawania spraw jest różny, ale w największych miastach sprawy trwające dłużej niż rok nie należą do rzadkości.

W takiej sytuacji przed wniesieniem powództwa każdy powód zostaje postawiony jeszcze przed jednym ważnym pytaniem. Jeśli koszty sądowe są za wysokie, oprócz rozważenia tego, jaka jest szansa wygranej i konsekwencje niepowodzenia, należy też uwzględniać konieczność poniesienia określonych wydatków na koszty sądowe (nie licząc ewentualnej obsługi prawnej).

Wreszcie sam fakt, że ktoś posiada określone wierzytelności, nie musi przekładać się (i często się nie przekłada) na to, że ta osoba dysponuje określoną gotówką. Powstać może wówczas sytuacja, w której osoba dysponująca określonymi aktywami (mianowicie wierzytelnością) nie będzie w stanie ich wyegzekwować (a przynajmniej nie bez wielkich trudności), co przełoży się na faktyczny brak dostępności do sądu. I instytucja zwolnienia od kosztów sądowych nie zawsze będzie tu rozwiązaniem.

Warto tu przypomnieć o narastającym zadłużeniu między przedsiębiorcami – spirala długów łatwo może doprowadzić do sytuacji, w której firma będzie posiadać wielu dłużników, z których teoretycznie mogłaby ściągnąć zadłużenie, ale – jeśli nie uzyska zwolnienia od kosztów sądowych np. z tej przyczyny, że sąd uzna, iż przedsiębiorca ma obowiązek uwzględnić ewentualne koszty sądowe w swojej działalności i posiadać rezerwę na te koszty – faktycznie stanie przez groźbą upadłości, ponieważ nie będzie w stanie efektywnie i faktycznie dochodzić swoich należności.

Jak to jest w innych krajach? Nie posiadam niestety jakiejś szerokiej wiedzy w tym zakresie, więc z konieczności będę posiłkować się opracowaniem Biura Studiów i Analiz. Ogólnie rzecz biorąc jak wynika z prezentowanego przeglądu, w większości krajów europejskich dominuje powiązanie systemu opłat z wartością przedmiotu sporu, z różnymi modyfikacjami tego systemu. Jako ciekawostkę warto wskazać Francję i Hiszpanię, w których wszczęcie postępowania nie jest związane z koniecznością uiszczania opłat sądowych.

Jeszcze na koniec spojrzenie z drugiej strony, nie pojedynczego użytkownika wymiaru sprawiedliwości, ale właśnie samego systemu sądownictwa i – ogólnie – całego państwa. Można tego dokonać przez porównanie wpływów z opłat sądowych z kosztami utrzymania sądów powszechnych, ponoszonymi przez państwo. Zgodnie z poglądem wyrażonym w opracowaniu Jana Brola i Marka Safjana, „Koszy sądowe w sprawach cywilnych” – na świecie przyjmuje się, że opłaty te powinny pokryć część (znaczącą, ale jednak część) kosztów utrzymania sądów (ok. 50%). Taki stopień pokrycia oznacza odpowiednią partycypację użytkowników wymiaru sprawiedliwości w kosztach jego utrzymania, nie powodując przerzucenia na ich barki całości tego utrzymania, czy – w zupełnie patologicznym przypadku – nie zamieniając systemu sądownictwa w źródło dochodów budżetowych.

Warto zauważyć, że w Polsce mieliśmy w ostatnich dwóch dekadach doczynienia z taką sytuacją – w 1991 roku wpływy z opłat wyniosły 144,3% wydatków na sądy, co wiązało się z wyjątkowo wysokim poziomem opłat przede wszystkim w sprawach gospodarczych (wpis stosunkowy wynosił 12% wartości przedmiotu w sprawy, w innych sprawach było to 8%).

 


Koszty sądowe

Grudzień 21, 2010

W Rzeczpospolitej dyskusja o wysokości kosztów sądowych (toczona póki co między referendarzami sądowymi), w artykułach “Koszty sądowe: czy nie za tanio” oraz “Jak zmniejszyć koszty sądowe“.
Cóż można dyskutować o zasadach. Faktycznie przy najniższych kosztach może się okazać, że są za niskie. Z drugiej strony, sądownictwo nie może być tak do końca traktowane jak normalny usługodawca – co zdaje się sugerować autorzy pierwszego z zacytowanych artykułów:

Wymierzanie sprawiedliwości i udzielanie ochrony prawnej w sprawach cywilnych jest działalnością usługową. Co prawda działalność ta jest zastrzeżona dla państwa, nie zmienia to jednak faktu, że za usługi trzeba płacić i pokrywać ich koszty.

Przede wszystkim, koszty sądowe stanowią przede wszystkim element szeroko pojętej dostępności do sądów i wymiaru sprawiedliwości. Zbyt wysokie koszty mogą  skutecznie zamknąć drogę do dochodzenia swoich praw tym, których nie stać na ich ponoszenie.

Zarazem jednak istnieje ryzyko, że koszty ustalone na zbyt niskim poziomie mogą spowodować znaczący wzrost liczby niepotrzebnych postępowań i prowadzić do przeciążenia systemu wymiaru sprawiedliwości (co w efekcie także może doprowadzić do zmniejszenia dostępności do sądów, poprzez wydłużenie czasu trwania postępowań, czy zmniejszenie efektywności egzekwowania wyroków, zniechęcające do wnoszenia spraw do sądów).

Ogólnie rzecz biorąc jest sporo czynników decydujących o tym, jak wysokie powinny być koszty sądowe i raczej zapewnienie zwrotu kosztów funkcjonowania sądów nie jest wśród nich najważniejszym. Zasadniczo system kosztów sądowych na poziomie najbardziej ogólnym powinien spełniać następujące wymogi:

- tak, aby nie utrudniać ochrony praw obywateli;

- równocześnie – żeby nie zachęcać do prowadzenia lekkomyślnych, złośliwych lub fikcyjnych procesów;

- aby zapewnić zwrot wydatków związanych z utrzymaniem sądów.

Czy koszty sądowe w tym kontekście są za niskie, czy za wysokie? Nie będę tego oceniać, może rzeczywiście powinien zostać określony minimalny poziom, adekwatny choćby do kosztów samych doręczeń. Ale na pewno przy zupełnie drobnych sprawach koszty muszą być niskie. Inaczej może dochodzić do sytuacji, gdy osoby mające zupełnie drobne roszczenie będą rezygnować z ich dochodzenia, wychodząc z założenia, że lepiej zostawić sobie opłatę sądową w kieszeni, niż wchodzić w proces, który potrwa kilka miesięcy (w niektórych sądach nakaz zapłaty wydawany jest po takim okresie), zwłaszcza że każdy proces jest obarczony ryzykiem, że ostatecznie nie uda się wyegzekwować dochodzonej kwoty.

Oczywiście można powiedzieć, że sprawy o 300, czy 400 złotych są zbyt drobne i nie warte tego, żeby się nimi zajmowały sądy, ale… zawsze pojawia się pytanie, gdzie w takim razie jest granica? Uważam, że nieegzekwowanie nawet drobnych kwot tworzy ogólny klimat niepłacenia, który nie jest zbyt zdrowy1 .

1 inna sprawa, że tego typu sprawy powinny być w szerszym stopniu rozpoznawane na posiedzeniach niejawnych, najlepiej przez referendarzy i to nawet wtedy, gdy z jakiegoś powodu nie zostanie wydany nakaz zapłaty, ale to już zupełnie inny temat



Prawo do błędu (2)

Wrzesień 27, 2010

Ostatnio pisałem o tym, że moim zdaniem sąd musi mieć prawo do błędnych rozstrzygnięć, co wynika z samej natury spraw, którymi się zajmuje.

Oczywiście pozostaje kwestia tego, jak owo prawo do błędu ma przekładać się na rzeczywistość. Wcale nie oznacza ono, że sądy mogą lekceważyć swoich “klientów”. Wręcz przeciwnie, skoro nie ma jednego rozwiązania, a sprzeczność interesów stron sprawia, że prawie zawsze ktoś wychodzi niezadowolony – sądy powinny zachowywać się ze szczególną ostrożnością, a zwłaszcza tłumaczyć powody, dla których zapadł taki, a nie inny wyrok – temu wszak przede wszystkim powinny służyć zarówno pisemne uzasadnienie, jak i ustne motywy wyroku.

Tymczasem można mieć wrażenie, że w ogóle zatraciła się gdzieś chęć wyjaśnienia motywów rozstrzygnięcia. Uzasadnienia często wydają się być konstruowane po to, aby wypełnić ustawowe minimum i zapewnić orzeczeniu utrzymanie się w wyższej instancji. A tymczasem przecież jedną z podstawowych funkcji uzasadnienia jest właśnie wyjaśnienie stronie, dlaczego zapadło takie, a nie inne rozstrzygnięcie w istotnej dla niej sprawie.

Pytanie, jak wielu klientów sądów odchodzi niezadowolonych nawet nie dlatego, że dane rozstrzygnięcie im nie odpowiada, ale po prostu dlatego, że nikt nie wytłumaczył im, czemu rozstrzygnięcie jest takie, a nie inne?

Jak wielu – szczególnie wśród tych, którzy ulegli nieznacznie mogłoby zrezygnować z wnoszenia bezzasadnego środka odwoławczego, gdyby im wyjaśniono, dlaczego przegrali?

Oczywiście są też tacy, którzy nigdy nie przyjmą, że mogą nie mieć racji, albo dla których każde uzasadnienie będzie “prawniczym bełkotem”. Wielu jest takich, którzy nie zaakceptują nawet najbardziej słusznego i najlepiej uzasadnionego orzeczenia, jeśli tylko nie będzie po ich myśli.

Jednak fakt istnienia takich osób nie powinien przesłaniać ogromnej masy rozsądnych i niegłupich użytkowników sądów. Gdyby liczba bezzasadnych apelacji spadła choć o kilka procent to pewnie już byłoby warte wysiłku włożonego w skonstruowanie lepszych – czyli bardziej przekonujących dla klientów sądów, a nie dla sądu odwoławczego – uzasadnień.


Prawo do błędu

Wrzesień 22, 2010

Jak obiecałem jakiś czas temu kilka słów na temat prawa sądu do błędu.

Niestety, czy tego chcemy, czy nie, sąd,  musi mieć prawo do błędu, rozumianego jako niesłuszne rozstrzygnięcie, inaczej nie mógłby funkcjonować efektywnie i wypełniać prawidłowo swoich zadań.

Powyższe zdanie może się wydawać kontrowersyjne. Każdemu, kogo dotknęły nieprawidłowe wyroki sądów, albo kto znalazł się w sytuacji, w której w dwóch identycznych sytuacjach zapadły skrajnie odmienne rozstrzygnięcia, ta koncepcja może wydawać się wręcz oburzająca. Niestety jest też prawdziwa.

Prawo to nie matematyka i nie ma w nim jednych, prawidłowych rozwiązań (a jeśli są, to raczej rzadkie i sporadyczne). Jest to fakt, z którym nie ma się nawet co sprzeczać, a skoro tak – trzeba się pogodzić z tym, że w identycznych sprawach zapadają zupełnie różne rozstrzygnięcia. Bywa to bolesne, ale jest też konieczne.

Sędzia musi mieć też prawo do błędu z tej prostej przyczyny, że zwyczajnie musi podjąć jakieś rozstrzygnięcie. Nie może się od niego uchylić (no, powiedzmy, że to się czasem udaje – ale takie uchylenie się, też jest rozstrzygnięciem), co oznacza, że część rozstrzyganych spraw po prostu nie ma dobrego rozwiązania, jednak jakieś musi zostać znalezione. Co więcej, nie może się ono opierać na zasadach słuszności, ale powinno mieć oparcie w przepisach prawa. A przepisy czasem pozostawiają niewiele luzu.

Tak samo kwestia “słuszności” nie zawsze jest łatwa do wyważenia.  Każda ze stron ma swoje racje i nie raz bywa tak, że każde rozwiązanie kogoś skrzywdzi. Są sytuacje, kiedy nie ma salomonowych rozwiązań i warto o tym pamiętać.


Sądy własności intelektualnej

Wrzesień 19, 2010

Jak pisze Rzeczpospolita sprzed kilku dni w artykule o koncepcji wprowadzenia sądów patentowych:

Ministerstwo Sprawiedliwości nie widzi na razie potrzeby utworzenia specjalnych sądów własności przemysłowej.

Resort sprawiedliwości nie widzi na razie potrzeby tworzenia wyspecjalizowanych sądów patentowych. Powodem jest niski wpływ takich spraw. Z danych ministerstwa wynika, że tych dotyczących ochrony praw własności intelektualnej do sądów pierwszej instancji (WSA w Warszawie i sądy okręgowe) w 2007 r. wpłynęło 902, w 2008 r. – 1070. W sądach drugiej instancji odpowiednio: 256 i 262 sprawy.

– Funkcjonowanie postulowanych wydziałów o ograniczonej właściwości przy stosunkowo niskim wpływie spraw nie wydaje się racjonalne – uważa Jacek Czaja, wiceminister sprawiedliwości.

Cały czas powraca też perspektywa likwidacji wydziałów rodzinnych, gospodarczych, niedawno zlikwidowano wydziały grodzkie (podobno argumentem jest oszczędność).

Nie wiem, czy ta oszczędność jest taka wielka. W końcu sprawy z tych wydziałów będą musiały być rozpoznane i będą potrzebni zasiadający w nich sędziowie i personel, a w dodatku sama zmiana nazw, pieczątek, tabliczek etc. też kosztuje. A koszt zmarnowanego doświadczenia sędziów, którzy do tej pory zajmowali się określonymi sprawami, a teraz będą zajmować się „wszystkim” ze swojej działki?

Rozumiem samą zasadę – sądownictwo w naszym modelu musi znajdować złoty środek między najbardziej ogólnym podziałem: wydział cywilny i karny, a wydziałami specjalistycznymi. Poziom specjalizacji nie może zejść zbyt nisko z powodu wpływu spraw. Oczywiście wydział specjalizujący się w jakimś szczegółowym zagadnieniu (sprawy o zniesienie współwłasności, sprawy dotyczące inwestycje budowlane, sprawy o zniesławienie) zapewne gwarantowałby wysoką specjalizację sędziów w danej dziedzinie, ale też raczej nie miałby zbyt wiele pracy. W tym kontekście wprowadzenie specjalizacji nieco wyższego rzędu – na wydziały gospodarcze, pracy, etc. wydaje się sensowne.

Natomiast przyznam, że za nic nie rozumiem jaka filozofia kieruje obecnymi reformami w tym zakresie.

1) Przede wszystkim sądy rodzinne – tu chyba każdy rozsądnie myślący człowiek zdaje sobie sprawę, że to wydziały, które mają swoją specyfikę. Co więcej tu dobra lub zła decyzja dotycząca zwłaszcza takich kwestii jak prawa rodzicielskie albo przysposobienie decyduje o całym życiu osób, które są w istocie przedmiotem, a nie podmiotem tego postępowania – czyli dzieci. Błędne orzeczenie w takiej sprawie powoduje znacznie większe szkody niż 99% błędnych orzeczeń wydawanych w innych sprawach. Nie twierdzę, że obecne wydziały rodzinne, funkcjonują idealnie czy dobrze. Ale przynajmniej dla mnie jest oczywiste, że jeśli jakaś gałąź prawa cywilnego zasługuje na odrębne organizacyjne sądownictwo, jest nią właśnie prawo rodzinne. W sprawach rodzinnych dotyczących dzieci sąd jak nigdzie indziej istotna jest zasada prawdy materialnej i sąd musi odgrywać aktywną rolę, a sędzia „czuć” specyfikę spraw z którym ma do czynienia. Podobnie jak sprawy nieletnich (też rozpoznawane przez sądy rodzinne) mają specyfikę, która odróżnia je od zwykłych spraw karnych. Zamiast więc wzmacniać sądy rodzinne, z uwzględnieniem ich specyfiki szykuje się prosty podział – sprawy rodzinne do wydziałów cywilnych, sprawy nieletnich do karnych. A sędziowie? Cóż, osoba, która od kilkunastu lat zajmowała się sprawami rodzinnymi może też rozstrzygać sprawy o roboty budowlane?

2) Wydziały pracy (oraz ubezpieczeń społecznych) – o ile jestem w stanie pojąć sens ich istnienia, o tyle nie pojmuję szczególnego statusu ich specjalizacji. Po pierwsze to jedyny rodzaj wydziałów specjalistycznych, który posiada swoich reprezentantów od góry do dołu, na wszystkich szczeblach sądownictwa – od Sądu Rejonowego po Najwyższy.

W efekcie ten sam sędzia wydziału cywilnego w Sądzie Apelacyjnym może rozpoznawać sprawę o: rozwód, ochronę praw autorskich, dobre imię, sprawę gospodarczą o zapłatę; ale już nie sprawę pracowniczą. Czy sprawy pracownicze są naprawdę aż tak szczególne? Co – poza ideologią – czyni je tak odrębnymi od spraw o zapłatę, czy nawet spraw gospodarczych? Czy naprawdę sprawa o zapłatę wynagrodzenia z umowy o dzieło różni się bardziej od sprawy o zapłatę wynagrodzenia z umowy o pracę niż od sprawy rozwodowej?

Po drugie – wydziały pracy to chyba jedyny wydział, którego zniesienia nikt nie postuluje. A czy naprawdę sprawy z zakresu prawa pracy wymagają większej i bardziej dogłębnej znajomości dziedziny, niż sprawy z zakresu prawa rodzinnego?

3) Jeśli chodzi o sądy o dalej idącej specjalizacji – takie jak sądy patentowe – jest raczej wątpliwe, aby ktoś je wprowadził, skoro postuluje się nawet zniesienie tej specjalizacji, jaka istnieje już obecnie. Z drugiej strony mamy przecież wydziały bardzo specjalistyczne, które działają – Wydział Wspólnotowych Znaków Towarowych i Wzorów Przemysłowych oraz Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Sądzie Okręgowym w Warszawie, czy Wydział Spraw Geologicznych i Górniczych w Sądzie Okręgowym w Katowicach.

Sensowna specjalizacja naprawdę nie byłaby niczym złym. Są dziedziny takie, jak właśnie własność intelektualna, które dla wielu ludzi (także sędziów) pozostają obcą materią. Równocześnie są to sprawy ważne – tak naprawdę wraz z rozwojem gospodarki opartej na wiedzy, kluczowe. I wymagają specjalnego doświadczenia. Czy naprawdę utworzenie w 5-6 największych Sądach Okręgowych tego typu wydziałów byłoby aż tak kosztowne? Przecież, jeśli wpływ spraw do tych wydziałów byłby faktycznie średni, czy niewielki, wystarczyłoby powierzyć im rozpoznawanie spraw zbliżonych – jak ochrona dóbr osobistych, czy nieuczciwa konkurencja. Ewentualnie, po prostu przyjęcie, że oprócz spraw z zakresu swojej specjalizacji, rozpoznawałyby jakąś grupę spraw cywilnych lub gospodarczych z danego sądu, tak, żeby obciążanie wydziałów było równomierne.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.