Recenzja

Marzec 12, 2012

Co jakiś czas pojawia się informacja o wyjątkowo głośnym, czy z jakiegoś powodu atrakcyjnym dla mediów pozwie. Bardzo często okazuje się, że sensacyjność tematu wypływa z błędów w dziennikarskiej relacji, czasami celem pozwu jest zwrócenie uwagi na osobę, która go wnosi (zgodnie z zasadą – o pozwie będzie głośno, a jego oddalenie za rok, czy dwa, przejdzie bez echa), a z rzadka pojawiają się sprawy naprawdę ciekawe, nieraz precedensowe.

Ciekawi mnie, do której kategorii można zaliczyć informację o pozwie wniesionym przez jednego z producentów filmowych przeciwko krytykowi.

Od razu zaznaczam, że moje rozważania mają charakter dość teoretyczny – nie czytałem recenzji, nie oglądałem filmu, nie znam szczegółów sprawy. Co więcej – z artykułu nie wynika jednoznacznie, czy pozew został już złożony, czy też jest na etapie przygotowywania. To ostatnie jest szczególnie istotne – bo jeśli pozew nie został jeszcze wniesiony, to tak naprawdę nie wiadomo, czy kiedykolwiek zostanie złożony. Dlatego poniżej odnoszę się do samej idei pozywania recenzenta – a nie konkretnej recenzji, konkretnego filmu, czy konkretnego pozwu.

Bez wątpienia sam problem zasługuje, aby poświęcić mu kilka słów.

Przede wszystkim ciekawy jest sam pomysł pozywania recenzenta za niepochlebną recenzję. Recenzje są różne, a recenzje niepochlebne potrafią być bardzo przykre dla twórcy dzieła. Takie jest niestety prawo gatunku – często czytelnicy oczekują, że recenzja krytyczna będzie kąśliwa. Dodatkowym problemem jest fakt, że recenzja stanowi tekst głęboko subiektywny – więc ocena konkretnej recenzji pod kątem rzetelności jest najczęściej bardzo trudna.

Recenzja negatywna ze swojej istoty zagraża dobrom osobistym (w tym autorskim dobrom osobistym) twórcy. Równocześnie w większości wypadków, ze względu na charakter tekstu jako recenzji, bezprawność tego tekstu jest wyłączona – a w konsekwencji zrecenzowanemu twórcy nie przysługuje ochrona sądowa1.

Dlatego każda tego typu sprawa jest ciekawa. Z jednej strony wymaga bowiem dokonania dokładnej oceny konkretnej sprawy – przede wszystkim rzetelności recenzenta. Z drugiej, taka sprawa jest bardzo ważna biorąc pod uwagę, jej kontekst kulturowy i społeczny – sala sądowa nie jest chyba najlepszym miejscem do załatwiania takich sporów.

Drugim istotnym elementem sprawy jest jej aspekt finansowy. W artykule pojawia się informacja o milionach straconych wskutek recenzji, której ma dotyczyć pozew. Jestem bardzo ciekaw, jak – biorąc pod uwagę istotę postępowania cywilnego – mogłoby zostać wykazane poniesienie takiej, a nie innej szkody, w związku z konkretną recenzją. Mniejsze od spodziewanych wpływy mogą wynikać z bardzo wielu rozmaitych przyczyn, a ten konkretny powód wydaje mi się wyjątkowo trudny do udowodnienia.

A co do tej konkretnej sprawy – być może faktycznie szykuje się interesujący spór sądowy (jeśli sprawa faktycznie do sądu trafi, albo już trafiła), ale w tej chwili bardziej prawdopodobne wydaje się, że chodzi o proste przyciągnięcie uwagi.

1 Trzeba jednak pamiętać, że sam fakt, że dany tekst ma określony charakter (np. satyryczny, albo recenzji) nie oznacza automatycznego wyłączenia bezprawności (co potwierdził Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 20 czerwca 2001 roku I CKN 1135/98). Niemniej charakter recenzji pozostawia jej autorowi dość dużą swobodę i nawet bardzo ostra krytyka najczęściej nie będzie stanowić bezprawnego naruszenia dóbr osobistych – stanie się tak dopiero, kiedy krytyka będzie kierować się wysokim stopniem możliwej do wykazania nierzetelności, recenzja będzie zawierać bardzo drastyczne i krzywdzące dla twórcy porównania, etc.


Przestępstwo zniesławienia, a wolność słowa

Wrzesień 8, 2011

Rzeczpospolita poruszyła powracający temat likwidacji przestępstwa zniesławienia.

Ciekawe, jak rozwinie się obecna inicjatywa, dotychczasowe próby usunięcia tego przestępstwa z kodeksu karnego, kończyły się niepowodzeniem. Trybunał Konstytucyjny, na którego orzeczenie bardzo liczono, uznał że przepisy dotyczące zniesławienia nie są niezgodne z Konstytucją, więc nowelizacja ustawy pozostaje tu jedyną drogą działania.

Czy postulaty są słuszne? Jak zawsze można podawać argumenty za i przeciw, ale zasadniczo trudno odmówić słuszności stwierdzeniu, że przestępstwo zniesławienia stanowi anachronizm i nie do końca przystaje do czasów, gdy wolność słowa urosła do rangi jednej z największych wartości. Bez wątpienia w sprawach, w których dochodzi do zniesławienia drogą ochrony naruszonych praw powinien być proces cywilny, a sankcja karna jest stanowczo zbyt surowa.

Oczywiście przywołana argumentacja, która odnosi się głównie do spraw z udziałem dziennikarzy nie wyczerpuje całego spectrum możliwych sytuacji. Sprawy o zniesławienie to nie tylko najgłośniejsze spory polityków z dziennikarzami. Są to także – coraz częstsze – sprawy osób prywatnych, w których łatwość pomawiania za pośrednictwem internetu zderza się z bezradnością ofiar takiego postępowania, które czasem przybiera wręcz rozmiary prześladowania. Tu na szczęście przepisy też zmieniają się, wprowadzono do polskiego prawa przestępstwo stalkingu, można mieć nadzieję, że stopniowe zmiany doprowadzą do sytuacji, w której będzie wyważona z jednej strony potrzeba ochrony wolności słowa, z drugiej obrony interesów osób, które nie są w stanie przeciwstawić się swoim prześladowcom.

W każdym razie, o ile zgadzam się w pełni, że przestępstwo zniesławienia stanowi relikt, który powinien jak najszybciej zostać usunięty z polskiego prawa – nie jest też tak, że nie odgrywa pewnej pozytywnej roli. Usunięcie art. 212 z kodeksu karnego jest – w dłuższej perspektywie – słuszne i konieczne, ale warto też pamiętać, że w pewnych przypadkach utrudni sytuację osób, które ochrony takiego przepisu potrzebowały.

Ale taki już urok prawa, że nawet najlepsze rozwiązania nie uwzględnią potrzeb wszystkich i nawet najwspanialsze przepisy w specyficznych sytuacjach prowadzą do rozwiązań niesprawiedliwych.


Adres pozwanego (2)

Marzec 26, 2011

Dziś drobna poboczna refleksja, na marginesie wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego dotyczącego ochrony adresu dziennikarza (linki do wyroku NSA, postanowienia NSA o wstrzymaniu wykonania decyzji, artykułu w Rzeczpospolitej). Niestety w tej chwili nie ma jeszcze uzasadnienia wyroku NSA.

W czym tkwi problem? Osoba opisana w artykule dziennikarza postanowiła skierować przeciwko niemu pozew o ochronę dóbr osobistych. Generalny Inspektor Ochrony Danych osobowych nakazał spółce zatrudniającej dziennikarza udostępnić adres zamieszkania dziennikarza, aby w ten sposób umożliwić skierowanie przeciwko dziennikarzowi pozwu. Po zaskarżeniu tej decyzji do Wojewódzkiego, a potem Naczelnego Sądu Administracyjnego ten uznał

Oczywiście to wszystko w bardzo wielkim skrócie, sprawa nie jest jeszcze zakończona (teraz po raz kolejny musi rozpoznać ją Wojewódzki Sąd Administracyjny), nie ma jeszcze uzasadnienia wyroku NSA, niemniej  warto poczynić parę uwag na marginesie tego rozstrzygnięcia.

Przyjmują argumentację Naczelnego Sądu Administracyjnego dochodzi do sytuacji w której z jednej strony wniesienie pozwu bez podania adresu zamieszkania pozwanego prowadzi do zwrotu pozwu, z kolei uzyskanie adresu pozwanego jest niemożliwe z powodu przeszkód o charakterze prawnym.

Problem taki może występować w wielu sprawach z udziałem dziennikarzy. Jego absurdalność jest tym bardziej uderzająca, że w takich sprawach powód dysponuje dokładną wiedzą na temat adresu pracodawcy dziennikarza. Nie ma żadnego faktycznego problemu, aby pisma były doręczane nie bezpośrednio pozwanemu, ale za pośrednictwem pracodawcy, czy też redakcji, w której jest zatrudniony. Jedynym ograniczeniem jest anachroniczny przepis kodeksu postępowania cywilnego, który wymaga wskazania miejsca zamieszkania pozwanego. Znajomość adresu do doręczeń, choćby absolutnie pewnego – co typowe w sprawach przeciwko dziennikarzom – jest niewystarczająca.

A przecież, kiedy za kilka lat zostanie całkowicie zniesiony obowiązek meldunkowy, problem stanie się jeszcze bardziej palący i gdy nie będzie możliwe uzyskanie adresu pozwanego ze zbiorów ewidencji PESEL.

Oczywiście konkretny problem wiążący się z zacytowanym wyrokiem jest dość wąski (dotyczyć będzie jedynie procesów przeciw dziennikarzom), niemniej po raz kolejny udowadnia bezsensowność wymogu wskazywania miejsca zamieszkania pozwanego, gdy możliwe jest podanie adresu do doręczeń (równocześnie wskazanie adresu “z sufitu” może prowadzić przez podwójne awizowanie do uprawomocnienia się nakazu zapłaty – ok, do podważenia, ale jednak może prowadzić do sporych problemów).  I jest to kolejny przykład tego, jak przepisy mogą w sposób zupełnie niezamierzony prowadzić do utrudniania dochodzenia ochrony praw.


Wizerunek podejrzanego

Marzec 11, 2011

„Gazeta prawna” w jednym ze swoich niedawnych artykułów związanym z interwencją Rzecznika Praw Obywatelskich poruszyła problem możliwości publikowania zdjęć osób podejrzanych o popełnienie przestępstwa przez policję.

Wszystko zależy od konkretnego przypadku, ale wydaje mi się, że alarmistyczne tony pojawiając się w artykule są nieco przesadzone. Oczywiście mogą się zdarzyć sytuację, gdy ochrona wizerunku podejrzanego będzie prowadzić do absurdalnych rezultatów – ale tak już jest w prawie, że jest stworzone pod sytuacje niejako standardowe i w przypadkach krańcowych może prowadzić do dziwnych rezultatów.

W chwili obecnej istnieją dwie podstawowe możliwości opublikowania wizerunku oskarżonego, które powinny okazać się w większości wypadków zupełnie wystarczające.

1) Sytuacja przewidziana w art. 13 ust. 3 prawa prasowego (…) Właściwy prokurator lub sąd może zezwolić ze względu na ważny interes społeczny, na ujawnienie danych osobowych i wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe.

Mam pewne wątpliwości, czy ten przepis nie powinien się raczej znaleźć w kodeksie postępowania karnego, jednak nie ulega wątpliwości, że możliwość publikowania wizerunku podejrzanego istnieje. Oczywiście jest ograniczona przesłanką „ważnego interesu społecznego”, ale jej interpretacja to już kwestia praktyki.

Dodatkowo przepis ten wymaga, żeby opublikowanie wizerunku odbywało się za zezwoleniem prokuratora i sądu, co chyba też jest słuszne, tego typu decyzje powinny podlegać kontroli i nie powinny być podejmowane samodzielnie przez policję.

Jest to szczególnie ważne, gdyż w przypadku nieuprawnionego opublikowania wizerunku, osobie która jest na nim przedstawiona przysługuje roszczenie o zadośćuczynienie za naruszenie jej dóbr osobistych

2) Możliwość opublikowania fotografii poszukiwanego w liście gończym (art. 280 § 1 pkt 2 kodeksu postępowania karnego.

Przepis wprost nakazuje dołączyć do listu gończego fotografię (lub co najmniej rysopis), a zatem wyłącza tu stosowanie przepisów o ochronie wizerunku z ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Postanowienie o poszukiwaniu podejrzanego listem gończym wydaje również sąd lub prokurator, czyli i w tym przypadku decyzja zapada na szczeblu wyższym niż policja, co powinno (choć oczywiście różnie to bywa) należytą ochronę interesów takiego podejrzanego lub oskarżonego.

Podsumowując – możliwości publikowania wizerunku przez organy postępowania karnego istnieją, czy są za wąskie, czy za szerokie, to już zupełnie inny temat.


Utwory porzucone, osierocone

Luty 3, 2011

Jak donosi Gazeta Prawna Ministerstwo Kultury ma plany uregulowania kategorii utworów porzuconych, czy też osieroconych – ogólnie chodzi o wszystkie te przypadki, kiedy nieznany jest autor utworu lub kiedy z jakiegoś względu, mimo dołożenia wszelkich starań nie jest możliwe ustalenie osoby, która posiada prawa autorskie (np. nieznani są spadkobiercy), albo nie da się z jakiegoś powodu uzyskać zgody od takiej osoby.

Problem jest ważny, chociaż trudno powiedzieć, żeby budził jakieś szczególne emocje. Wbrew treści artykułu wątpię, żeby miał duże znaczenie w odniesieniu do „bestsellerów”. Ważniejszy będzie raczej dla utworów niszowych, wydanych wiele lat temu, w niewielkiej liczbie egzemplarzy, utworów graficznych, powstałych dziesięciolecia temu, których autorzy są nieznani, albo zaginieni.

Jak jest obecnie?

W tej chwili w Polsce sytuacja jest następująca. Możliwość korzystania z utworów twórców, którzy są, z jakichkolwiek powodów, nieosiągalni, może być uzyskiwana na podstawie umowy zawartej z organizacją zbiorowego zarządzania działającą na zasadzie prowadzenia cudzych spraw bez zlecenia (negotiorum gestio). Taka praktyka ma charakter z jednej strony zwyczajowy, z drugiej – luźne oparcie w przepisach kodeksu cywilnego o prowadzeniu cudzych spraw bez zlecenia (art. 752-757 k.c.).

Polega ona na tym, że organizacja zawiera umowę dotyczącą utworów autorów, którzy nie są członkami organizacji. Praktyka taka może być odbierana różnie, biorąc pod uwagę, jak bardzo krytykowane są organizacje zbiorowego zarządzania, jednak ma też efekty pozytywne. Gdyby nie takie postępowanie prawa do utworów, których autorzy są nie osiągalni, byłyby de facto „zamrożone”. Organizacje zbiorowego zarządzania działające jako negotiorum gestor, pozwalają na „odblokowanie tych praw”.

Zabezpieczenie interesów autorów zapewniają przepisy kodeksu cywilnego o prowadzeniu cudzych spraw bez zlecenia. Mianowicie osoba, która prowadzi takie sprawy powinna:

a)      działać z korzyścią osoby, której sprawę prowadzi, i zgodnie z jej prawdopodobną wolą, a przy prowadzeniu sprawy obowiązana jest zachowywać należytą staranność (zgodnie z art. 752 kodeksu cywilnego);

b)      w miarę możliwości zawiadomić o tym osobę, której sprawę prowadzi (art. 753 § 1k. c.);

c)      złożyć rachunek oraz wydać wszystko, co przy prowadzeniu sprawy uzyskała dla twórcy, a jeśli działała zgodnie ze swoimi obowiązkami, może żądać zwrotu uzasadnionych wydatków i nakładów (art. 753 § 2 k. c.);

d) dodatkowo potwierdzenie osoby, której sprawa była prowadzona, nadaje prowadzeniu sprawy skutki zlecenia (art. 756 k. c.).

Jak być powinno

Opisana sytuacja nie jest idealna. Organizacje zbiorowego zarządzania działają trochę na zasadzie zwyczajowej, poza tym faktycznie może lepszym rozwiązaniem byłoby wyraźne uregulowanie takiej kompetencji i przekazanie jej jakiemuś odrębnemu ciału.

Niemniej jestem zdania, że ta sfera powinna zostać uregulowana. W tej chwili pod pewnymi względami prawo autorskie – z bardzo długim, trwającym 70 lat od śmierci twórcy okresem ochrony – może okazać się pod wieloma względami kulturowo dysfunkcjonalne.

Uważam, że wyłączną funkcją prawa autorskiego nie powinno być jedynie zabezpieczenie interesów finansowych twórców, ale także powinno uwzględniać interes odbiorców i użytkowników, jak również – dokonując małej personifikacji :) – samych utworów. W chwili obecnej ochrona prawnoautorska jest bardzo bardzo długa (bez trudu może przekroczyć 100 lat – przykładowo ochrona prawnoautorska utworu stworzonego w roku 2011 przez człowieka 25 letniego, który dożyje 80 lat, ustanie w 2136 roku). W tym czasie (a tak naprawdę dużo szybciej) większość utworów traci swoją wartość komercyjną, albo wartość ta staje się znikoma. Dodatkowo przez cały ten okres, jeśli nie ma (z jakiegokolwiek powodu) możliwości skontaktowania się z autorem, utwór, niezależnie od tego jak bardzo jest wartościowy, a wszelkie naruszenie praw autorskich do tego utworu skutkuje pełnymi konsekwencjami, także karnymi.

Ułatwienie korzystania z utworów, co do których uzyskanie zgody uprawnionego jest niemożliwe, mogłoby pozwolić na przynajmniej częściowy powrót do obiegu utworów ważnych i wartościowych, z korzyścią dla ogółu, a zupełnie bez szkody dla autorów i ich spadkobierców.

Pytanie, jak to zostanie zrealizowane w praktyce, tak, żeby z jednej strony utwory miały możliwość żyć jak najdłużej, a z drugiej – żeby zabezpieczyć interesy twórców i ich spadkobierców, ale to już zupełnie inny temat.


Tiger

Grudzień 10, 2010

Dzisiaj tylko krótka wzmianka. Jak donosi m.in. Gazeta Prawna mamy do czynienia ze sporem w zakresie praw niematerialnych (chociaż z ogromnymi materialnymi konsekwencjami) na dużą skalę, jakie znowu aż tak często się u nas zdarzają.

Niestety skrótowość i oczywiste omyłki w dziennikarskich relacjach (zgodnie z dosłownym brzmieniem artykułu sąd zabezpieczył roszczenie wyrokiem – nie wchodząc w szczegóły błąd jest poważny) wygląda na to, że postanowienie gdańskiego sądu zakazuje pozwanemu sprzedaży produktów oznaczonych nazwą “Tiger”. Teoretycznie drobne, incydentalne postanowienie, ale jeśli utrzyma się przez kilka miesięcy, skutki mogą się okazać dla pozwanego o wiele bardziej rujnujące niż samo przegranie procesu.

Można tylko powiedzieć, że czasem szkoda, że polskie sądy nie udostępniają pozwów, albo chociaż dokładniejszych informacji o sprawach, na swoich stronach internetowych, więc jesteśmy skazani na ułomne z zasady relacje dziennikarskie, trudno zatem w jakikolwiek sposób oceniać roszczenie, jednak bez wątpienia szykuje się ciekawa sprawa.


Dobra osobiste (3)

Listopad 19, 2010

Jak pokazuje przykład opisywanego przez “Rzeczpospolitą” wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie (sygnatura akt I ACa 466/10) na sprawach o ochronę dóbr osobistych można wywalczyć całkiem spore kwoty.

Zgodnie z relacją gazety powodowie otrzymali 120 tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych. Warto mieć tutaj właściwy kontekst. Jak wynika z przeglądu orzecznictwa przygotowanego przez rzecznika ubezpieczonych kilka lat temu takie średnio kwoty były przyznawane w sprawach poszkodowanych w wypadkach drogowych, których skutkiem był znaczący (prawie całkowity, nawet 100%) uszczerbek na zdrowiu, obecnie średnia – zgodnie z danymi Rzecznika – wzrasta do ponad 400 tysięcy. Niemniej, wobec skali doznanego uszczerbku – naruszenie prawa do prywatności vs. ciężkie inwalidztwo, zadośćuczynienie przyznane w tej sprawie jest wysokie.

Pokazuje też, że warto walczyć. Oczywiście, nie ma co się łudzić, że osoba nie będąca osobą publiczną zdoła uzyskać zadośćuczynienie za naruszenie jej dóbr osobistych choćby w zbliżonej wysokości. Jednak ogólne kwoty zadośćuczynień wykazują tendencję zwyżkową. Zatem – jeśli nasze dobra osobiste zostaną już naruszone i nie zdołamy uzyskać satysfakcji w drodze negocjacji z drugą stroną – warto próbować drogi sądowej.


Adres pozwanego

Listopad 11, 2010

Dzisiaj kilka krótkich uwag na marginesie artykułu, który ukazał się kilka dni temu w Rzeczpospolitej o kwestii bardzo istotnej obowiązku wskazywania w pozwie adresu zamieszkania Pozwanego.

Ten problem pojawia się z różną intensywnością w różnych rodzajach spraw. W sprawach o naruszenie dóbr osobistych, czy prawa autorskiego jest nawet szczególnie dotkliwy. Często bowiem jest tak, że wiemy kto naruszył nasze prawa, wiemy nawet gdzie pracuje, ale ustalenie szczegółowego adresu zamieszkania może już przekraczać nasze możliwości. Poza przyczynami wskazanymi w artykule (trudność z wykazaniem interesu prawnego), sprawa może się rozbić o rzecz tak banalną jak pospolitość nazwiska pozwanego. W sytuacji bowiem, gdy w danych biura adresowego lub zbiorach danych PESEL figuruje więcej osób o takim samym imieniu i nazwisku (a nie znamy równocześnie innych danych – jak choćby imion rodziców, poprzedniego adresu, numeru PESEL), nie otrzymamy danych o adresie przeciwnika.

Oczywiście można próbować wskazywać inne adresy – jak choćby właśnie adres miejsca pracy, czy redakcji gazety, w której publikuje pozwany dziennikarz. Czasem przechodzi, choć częściej – zgodnie z prawem – niestety sąd uzna to za niewystarczające.

Pewną furtkę w przypadku spraw dotyczących ochrony dobrego imienia (przynajmniej niektórych) może być zainicjowanie sprawy karnej o zniesławienie. Co prawda i w tym przypadku co do zasady konieczne jest podanie adresu pokrzywdzonego, ale uwzględniając, że przepisy są sformułowanie w sposób bardziej oględny (konieczne jest podanie danych identyfikujących oskarżonego), a także samo postępowanie karne jest bardziej odformalizowane, jest większa szansa, że brak adresu zamieszkania nie okaże się przeszkodą do dochodzenia swoich praw.


Gazeta Prawna (1)

Wrzesień 13, 2010

Dzisiaj będzie o rzeczy bardzo bardzo malutkiej, wręcz nieistotnej.

Ogólnie nie jestem zwolennikiem czepiania się, jednak uważam, że od gazet piszących na tematy prawne można oczekiwać minimalnej dokładności w posługiwaniu się pojęciami.

Czytając w Gazecie prawnej o organizacjach zbiorowego zarządzania trafiłem na fragment, który sprawił, że zdębiałem. Nie, nie chodzi o meritum, czy jakąś szczególnie ważną kwestię, ale o tekst:

Problem tantiem ma rozwiązać nowa ustawa o prawie autorskim, która wejdzie w życie pod koniec października.

Zaraz zacząłem się gorączkowo zastanawiać, czy też mogłem przegapić coś tak ważnego w dziedzinie, którą się żywo interesuję? Szybko domyśliłem się, że jednak nie, że chodzi jedynie o nowelizację ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, dotyczącą właśnie problematyki zbiorowego zarządzania. Nowelizację bez wątpienia dużą i ważną, ale jednak mającą się nijak do nowej ustawy.

Niemniej niepokój pozostał i musiałem sprawdzić, czy przypadkiem nie uchwalono tego znaczącego aktu, a ja jakimś cudem to przespałem.

W tym wypadku pomyłka oczywiście ma charakter drugorzędny, nie dotyczy merytoryki, niemniej warto zauważyć różnicę między nowelizacją ustawy, zmieniającą z reguły kilka-kilkanaście przepisów a nową ustawą, która nieraz tworzy zupełnie nową jakość w danej dziedzinie prawa. Oczywiście są wyjątki – nowelizacje tak znaczące, że ważniejsze niż niejedna ustawa i zupełnie nowe ustawy, które wprowadzają niewiele zmian. Niemniej ranga takich wydarzeń jest nieporównywalna. Nawet w dość często zmieniającym się polskim prawie, nie szukając daleko i patrząc jedynie na prawo autorskie:

  • nowelizacje – tych było kilkanaście od 1994 roku;
  • nowa ustawa o prawie autorskim – była uchwalana trzykrotnie, w 1926, 1952, oraz 1994 roku.

Tak, wiem, że to pomyłka nieistotna, ale pokazuje szerszy problem – publicystyka prawnicza często ma charakter u nas dość niedbały. Z reguły można się łatwo domyślić o co chodzi, pomyłka dla prawnika jest od razu widoczna, laikowi szkody nie wyrządzi – i tak pojawia się kpc, zamiast kc, nowa ustawa zamiast nowelizacji. Czasem jednak nieścisłości terminologiczne i stosowanie potocznego języka prowadzą do poważnych błędów merytorycznych, jak w cytowanym artykule o zniesławieniu.

A przecież prawo opiera się na języku, na ścisłości stosowania pojęć, na słowie.

PS: napisałem ten wpis trochę pod wpływem chwilowego zbulwersowania :) Oczywiście nie raz widuję znacznie większe błędy, nauczyłem się już je ignorować. Niemniej teraz zirytowałem się, bo “dałem się złapać”, uwierzyłem, że mogłem przegapić coś tak istotnego i musiałem potwierdzić, że jednak nie.


O zniesławieniu w Rzeczpospolitej

Sierpień 25, 2010

Waga prywatnych aktów oskarżenia została doceniona w mediach. Podane liczby wskazują, że instytucja aktu oskarżenia o zniesławienie ma przyszłość i może być z powodzeniem używana – szczególnie biorąc pod uwagę niską świadomość prawną Polaków w tym zakresie.

Niepokój budzi jednak pewne pomieszanie pojęć – usprawiedliwione, gdy mówimy o „zwykłych ludziach”, ale niedopuszczalne w artykule poświęconym danemu tematowi, na dodatek w gazecie, która pod względem dostarczania codziennych informacji o prawie posiada pozycję w naszym kraju bardzo wysoką.

Kilka podstawowych nieścisłości i przekłamań, jakie pojawiły się w artykule:

  1. artykuł co do zasady mówi o prywatnych aktach oskarżenia – skupia się na sprawach o pomówienie (a więc przestępstwo zniesławienia);
  2. tymczasem – gdy mowa o procedurze, w artykule opisana jest zupełnie inna instytucja subsydiarnego aktu oskarżenia;
  3. użyte w artykule określenie „pozew o zniesławienie” – dopuszczalne jest ewentualnie w języku potocznym, ale na pewno nie w artykule na temat prawniczy (o zniesławienie wnosi się „akt oskarżenia”, pozew może dotyczyć ewentualnie ochrony dóbr osobistych).

O ile nie widzę powodu przyczepiania się do drobnych pomyłek czy przeinaczeń (w końcu każdemu się one zdarzają), jednak w tym przypadku dochodzi do całkowitego pomieszania instytucji.

Prywatny akt oskarżenia – wnoszony jest w kilku kategoriach spraw określonych w kodeksie karnym (właśnie zniesławienie, zniewaga, naruszenie nietykalności cielesnej). Taki akt składany jest osobiście przez pokrzywdzonego (w wyjątkowych wypadkach sprawą może zająć się prokurator). Nie ma konieczności korzystania z zastępstwa adwokata lub radcy prawnego, a terminem ograniczającym wniesienie aktu jest okres przedawnienia, opisany w poprzednim wpisie.

Z kolei subsydiarny akt oskarżenia – może dotyczyć każdego przestępstwa, poza wskazanymi wyżej. Pokrzywdzony wnosi go w przypadku, gdy prokurator dwukrotnie odmówił wszczęcia lub umorzył śledztwo. Tutaj faktycznie akt musi zostać sporządzony przez adwokata lub radcę prawnego.

To tylko kilka podstawowych uwag. Sam artykuł przedstawia instytucję ciekawą i potencjalnie użyteczną, robi to jednak w sposób dość nieścisły (po jego lekturze można odnieść wrażenie, że do wniesienia aktu w sprawie o zniesławienie konieczne jest zastępstwo adwokackie lub że możliwe jest dopiero po umorzeniu postępowania przez prokuratora, co dotyczy zupełnie innych sytuacji i przestępstw.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.